Witaj

Oglądasz forum jako Gość, co nie daje Ci pełnego dostępu do wszystkich opcji i możliwości forum.

Będąc niezarejestrowanym, nie możesz wypowiadać się w dyskusjach. Gorąco zachęcamy do darmowej rejestracji, co umożliwi Ci pisanie postów, zakładanie wątków, zamieszczanie zdjęć oraz dostęp do wielu innych udogodnień.

Szukaj na forum:
Obecnie rozmawiamy o:

nowy image.. jest źle ?

44 sekund temu

Dzień matki

46 sekund temu

Metamorfoza, porady

2 minuty temu

Szafa.pl na Facebooku
Szafa poleca
Ciekawe wątki
Aktywne użytkowniczki
Załóż konto
Odpowiedz
<-- 1 2 3 4 5 6
Status: niezweryfikowana
Posty: 7
Praca RESERVED
28 cze 2011 - 15:51:18

Widzę, że temat jeszcze całkiem aktywny, to jako była pracownica Reserved o rocznym stażu pozwolę się wypowiedzieć. ;)
Bo czasami jak czytam wypowiedzi niektóre to nie wiem czy śmiać się czy płakać.

Zaczynając od początku... Złożyłam CV przy kasie w sklepie, na drugi dzień oddzwoniła pani, żeby umówić się ze mną na rozmowę kwalifikacyjną. Na rozmowę poszłam ubrana dość zwyczajnie, raczej w stylu bardzo luźnym - dżinsy, jakiś t-shirt i kamizelka do tego. Czyli ubogo jakby nie było. ;) Rozmowę miałam z kierownikiem sklepu - młody, z poczuciem humoru, całkiem wyluzowany facet, dlatego jakoś specjalnie spięta się nie czułam. Poświęcił mi ponad pół godziny (przy czym siedzieliśmy na ławce w pasażu, bo na zapleczu było za dużo ludzi :P). Zadawał mi pytania wszelakie, pytał o poprzednie miejsca pracy i takie podstawowe pytania typu: moje trzy wady i trzy zalety, jak wyobrażam sobie szefa idealnego, jaki mam cel w pracy w tym sklepie. Po rozmowie poprosił mnie na salon. Muszę zaznaczyć, że salon na którym pracowałam jest ogromny (największy w skali, bo XXL - z tego co wiem większych w skali w tej sieci nie ma). Salon podzielony jest na trzy strefy - damską, męską i dziecięcą, każdego dnia jesteś przydzielana na którąś ze stref (przynajmniej na tym salonie, an którym pracowałam, na tych mniejszych nie wiem czy są takie podziały). Akurat mnie zaprosił na dział dziecięcy, gdzie musiałam skompletować komplecik dla mojego przyszłego dziecka (bo wcześniej oczywiście mu się zwierzałam, że chcę mieć dużo dzieci na rozmowie kwalifikacyjnej... ;) Więc luźno.) Skompletowałam ubranka dla syna przyszłego, po czym moje zestawienie oceniła dekoratorka, która akurat była na salonie. (zabawna sprawa, bo kierownik dał mi 10 minut na skompletowanie zestawu i na te 10 minut zniknął. W tym czasie zleciały się do mnie wszystkie dziewczyny, które akurat pracowały na dziecięcym i na męskim obok [łącznie z dekoratorką] i same mi skompletowały zestaw, bo wiedziały co lubi kierownik ;P Więc właściwie nic sama nie dobierałam tam, dzięki Bogu, bo była pewnie porażka na całej linii.). Inne dziewczyny przy rozmowach musiały kompletować np. zestaw swojego chłopaka na rozmowę kwalifikacyjną, albo dla siebie na romantyczną kolację i tym podobne pierdoły. Oczywiście ocenę dostałam pozytywną i kierownik od razu zapytał, co robię jutro i czy byłabym w stanie zacząć pracę od 16.00. Oczywiście przystałam na to i od następnego dnia stałam się pracownicą Reserved.
I tak, jak już wspominałam sklep jest ogromny, dlatego na moim salonie zawsze trzeba było zapieprzać (praca to praca, jeżeli nie chcecie się zmęczyć to idźcie pracować do kiosku). W pierwszym dniu od razu zostałam posłana na dział damski, gdzie jest najwięcej roboty. Razem z inną nową koleżanką oczywiście byłyśmy maglowane przez ekipę (ale było to bardzo sympatyczne, żadnego wyzyskiwania czy złośliwości). Oczywiście biegałyśmy z mopami, szorowałyśmy podłogi, odkurzałyśmy dywaniki, stałyśmy z numerkami przy przymierzalniach itp. czyli rzeczy, których nikt nie chce robić. No ale ponadto jak to w sklepie odzieżowym - składanie ubrań, metkowanie, roznoszenie ubrań z przymierzalni, pomoc dekoratorkom itp. rzeczy. Praca jak w każdym innym sklepie odzieżowym, a że do Reserved przychodzi masa ludzi to nic dziwnego, że ciągle jest roz******** i trzeba na bieżąco, non-stop sprzątać. Nawet jak było 5 dziewczyn na damskim to czasami trudno było się wyrobić w godzinach ustalonych w grafiku, szczególnie w okresie przecen, bo wiadomo - wtedy najwięcej ludzi grzebie i szuka okazji. ;) Grafik był bardzo elastyczny, u nas zawsze na zapleczu wisiała kartka ze spisem wszystkich pracowników, którzy tam do wybranego dnia tygodnia (do środy bodajże) mieli się wpisać i określić, w jakie dni ile godzin chcą pracować, czy w ogóle chcą pracować w dany dzień. Nawet jeśli zażyczysz sobie, że chcesz mieć 5 dni wolnego, a w 2 pozostałe pracować od 16 do 21.30, to tak dostaniesz. Oczywiście jak powtarzało się to notorycznie, to kierownik tam interweniował, ale bez zbędnych kwasów, jak miałaś dobry powód to luz. Co do stawki, to rzeczywiście jest to 6zł na godzinę i umowa zlecenie, ale jeśli już się u nas przepracowało te 3 miesiące dajmy na to to spokojnie dało się negocjować z szefem o umowę o pracę (jeśli wiedział, że pracownica jest wartościowa to tą umowę o pracę dawał). Z tego co wiem stawki w sklepach odzieżowych są na ogół podobne do tych w reserved, w Camieau dostają teraz z tego co wiem 7,5, a tylko w tych typu zara, bershka i inne podobne mają 10. Jeżeli chodzi o manka... Bywały, co jakiś czas, jak w każdych innych sklepach. Jeżeli okazywało się pod koniec dnia, że kasa w kasach się nie zgadzała, to albo wyrównywało się te różnice przekładając gotówkę z jednej kasy do drugiej (bo było 5 na całym salonie), albo kierownik zmiany przeliczał raz jeszcze gotówkę, którą wybierał co jakiś czas z kasy do sejfu, albo przeglądał transakcje w systemie, bo czasami zdarzało się, że zamiast transakcji karta ktoś przypadkowo przycisnął transakcje gotówką... Zazwyczaj sprawa się zatem wyjaśniała, choć trzeba przyznać, że te manka co jakiś czas się zdarzały i wtedy trzeba wykładać z własnej kieszeni (wszyscy ci, którzy stali na kasie). Ale dziewczyny, tak jest w każdym miejscu pracy, w którym stoi kasa, więc... Jedyne co było denerwujące, to jak przychodziła inwentaryzacja... Wtedy najczęściej były masowe zwolnienia. Dlaczego? Ano dlatego, że salon w wyniku kradzieży i jakichś drobnych błędów wychodzi na minusie na ileś tam tysięcy, a wtedy koszty były dzielone na wszystkich pracowników, przy czym zwykli sprzedawcy wykładali najmniej i wraz z wyższymi stanowiskami płacili więcej... Raz zwykłym sprzedawcom, którzy ledwo co wyciągali te 8 stów na miesiąc kazali płacić 3 stówki za inwentaryzację, więc jakby nie było trochę kasy to było. Co do obsługi klienta, nigdy w życiu kierownik, zastępca kierownika czy ktokolwiek inny, nie kazał nam chodzić za klientem i wciskać mu towar! Wręcz jak podchodziliśmy do klientów to się pytali, dlaczego to robimy. Ogólnie zasada była, że my mamy swoje obowiązki do wypełnienia, a klienci jeżeli będą naprawdę potrzebować naszej pomocy to z pewnością podejdą. Oczywiście jak był ogłaszany jakiś konkurs regionalny np. na największą liczbę sprzedanych płaszczyków, to wtedy kierownik organizował też konkurs wewnętrzny na salonie z nagrodami dla pracowników. I wtedy była walka o klienta, no ale to się zdarzało sporadycznie. Co do nadgodzin. Nigdy chyba nie pracowałam nadgodzin. Nadminuty ewentualnie czasami były w okresie wyprzedaży, jak trzeba było dłużej sprzątać (a zaznaczam że salon był wielkości XXL więc naprawdę ogromny). ;) - pewnie to zależy od ekipy, ale jak kopnie się te leniwe koleżanki w dupcię, żeby bardziej się wysiliły, a nie ściany podpierały, głaskały wieszaki, czy tez pięć razy kasę liczyły, to spokojnie da się wyrobić na czas, nawet jak jest niedobór w danym dniu pracowników. Trzeba tylko dobrze zaplanować sobie pracę. Też wiele zależało od kierownika zmiany, który zazwyczaj też chciał wyjść o tej 21.30 i punktualnie o tej godzinie nas wypuszczał mimo bajzlu na salonie. Bajzel pozostawał na drugi dzień, coś za coś. ;) W tygodniu przychodziło się na poranną zmianę godzinę wcześniej aniżeli było otwarcie salonu, czyli na 8. i wtedy ta godzinka starczyła, żeby wszystko jeszcze ewentualnie "dosprzątać" z poprzedniego dnia. Co jeszcze... Kradzieże. No były i to dość często, ale przysłano nam ochroniarzy, którzy zaczęli się tym bardziej zajmować od nas, więc był większy luz w tej kwestii. Ale jak raz koleżanka ganiała za złodziejem po całym centrum handlowym, to szef wynagrodził ją trzema bonami na zakupy, więc warto. ;) To na ile nas okradziono wychodzi przy inwentaryzacji i wtedy ponosi się zbiorowe koszty, ale o tym pisałam już wyżej. Na kasie stałam już po kilku dniach i u nas każda dziewczyna stała na kasie, nie było tak, że a ja nie chce kasować bo się boję, chcę być tylko na salonie. No way. Ogólnie najwięcej zależy od ludzi z którymi pracujecie i od szefostwa, tak więc ODRADZAM SUGEROWANIE SIĘ WCZEŚNIEJSZYMI WPISAMI I OPINIAMI, CZY CHOCIAŻBY TYM MOIM, bo i tak na Waszym salonie pewnie będzie jeszcze zupełnie inaczej, wiec szkoda tracić okazje na całkiem fajną i przyjemną pracę. Jeżeli lubicie ciuszki to pracę samą w sobie polubicie, tak myślę. ;) Też dużo zależy od wielkości salonu na którym macie pracować, bo jeżeli jest stosunkowo duży, to nie ma szans - będzie zapierdziel i na to się nastaw, jeżeli jest stosunkowo mały, to od koleżanek z innych salonów wiem, że często nie mają co robić jak nie ma przeceny, więc to też różnie bywa.
Ogólnie pracę w reserved wspominam bardzo miło, szczególnie początkowe fazy pracy tam. Wtedy była naprawdę przegenialna ekipa, ale z czasem niektórzy się wykruszali z różnych powodów (głownie brak czasu, studia, jakieś ciąże, lepsza praca coś tam coś tam) i w końcu również i mi brak czasu zaczął doskwierać i zrezygnowałam z pracy. Wpierw co prawda bezproblemowo przeszłam na tryb pracy weekendowy, ale szybko doszłam do wniosku, że jak chcę zdać sesję to i weekendy musiałabym mieć wolne... :P Teraz zastanawiam się intensywnie, czy czasem tam nie wrócić...
Jakie rady na pierwszy dzień próbny dla kandydatek? Nie pytajcie co macie robić wszystkich wokół, specjalnie nie gadajcie z tymi nowymi dziewczynami, chyba że same zagadają, ale też jak już zagadają, to zbytnio się nie rozgadujcie, bo wiadomo, od minutki rozmowy powstanie 15 minut, a po 15 minutach przychodzą kolejne trzy kwadranse i już masz opinię leniwej, a gadatliwej. Rób wszystko to, co Ci każą i rób to dobrze. Nawet jak już skończysz pracę, którą Ci wyznaczyli, złap się czegokolwiek, broń Boże nie stań gdzieś za ladą i nie rozglądaj się bezczynnie po salonie. Chociażbyś miała zacząć robić rozmiarówkę na salonie jak już nie ma co robić, albo składać po raz kolejny ten sam stół (choć! uwaga, nie stój zbyt długo przy tym samym stole, bo potem się krzywo patrzą na czas wykonywania zadania :P) Ciągle coś rób, to u mnie była zasada numer jeden, którą powtarzały mi wszystkie życzliwe koleżanki w pierwszym dniu. Jeden dzień się trzeba zmusić na maxa, naprawdę przemęczyc i wszystko zrobić na 100%, potem jak już będziesz przyjęta to będzie z górki. ;) Po kilku dniach w fajnej ekipie byłam już "stara" w samych swoich, więc... ;) Wykazuj inwencję, jak zobaczysz że na stoiku z okularami jest dużo wolnych miejsc to zaproponuj tam komuś starszemu, że może warto byłoby uzupełnić braki. Najlepiej przy kierowniku jak gdzieś tam będzie się pałętał. Zasada druga - wykazuj dobre chęci i inwencję. ;P
Cóz... Ja osobiście polecam.

Odpowiedz Cytuj
Przykro nam, ale tylko zarejestrowane osoby mogą pisać na tym forum.

Aby się zarejestrować lub zalogować kliknij tutaj

następna dyskusja:

Praca w którym sklepie?