Miałam kiedyś ciekawą dyskusję na temat seksu na religii. Nie zgadzam się z tym, bo sama nie potrafie uwierzyć w kogoś `nad nami`, ale nie ważne. Powiem wam tylko co usłyszałam od katechety.
Seks tylko po ślubie, i tylko w celu zrobienia dziecka. Przyjemność jest jakby sprawą podrzędną, drugoplanową - nią nie można się kierować przy seksie. Jeśli małżeństwo stosuje antykoncepcje to jest grzech, ponieważ zabezpieczają się przed ciążą. Tak samo jest ze stosunkiem przerywanym. Mogą niby prowadzić ten kalendarzyk małżeński, czy coś [który niby jest swego rodzaju jakimś zabezpieczaniem się przed ciążą] ale jest dozwolone przez Kościół. Jeśli małżeństwo nie chce dziecka to mają nie uprawiać seksu, chyba że im się uda przy tym kalendarzyku. Także seks tylko dla poczęcia dziecka.
Masturbacja to samogwałt. W szczególności mężczyzn - plemniki nie trafiają tam gdzie trzeba ;) i jakby się `marnują`, bo nie będą z nich dzieci.
To samo jest z in vitro - co z tego, że daje możliwość urodzenia dziecka tym którzy normalnie nie mogą. Jest ileś zarodków i wszczepia się najzdrowszy matce, a resztę likwiduje. Ale według mnie to głupota. I tak przy zapłodnieniu jest jeden plemnik, jeden wygrywa. Tak samo przy zarodkach. Przecież w nasieniu są miliony plemników. I przecież nie wszystkie są wykorzystywane !
Także wszystko co jest robione przeciw poczęciu dziecka to grzech.
W konsekwencji u nas na religii udało nam się zagiąć katechete, nie wiedział już co ma powiedzieć i szybko zmienił temat zamiast przyznać się, że to wszystko to paranoja.
Jak dla mnie każdy powinien żyć jak chce. Tyle odemnie :)