I wyszłam z kawiarni. W ustach pozostał jeszcze smak sosu miętowego, który podkreślił smak gorącej late. Na zewnątrz wiało, Coffee Heaven było jednak dobrym pomysłem, przez pierwsze dwie minuty. Wrocławski Rynek nigdy jeszcze nie wydawał się tak ogromny, szeroki i pusty. Może po prostu nie widziałam nic poza celem- Kazimierza Wielkiego, tak, tam jest przystanek, tam trzeba zmierzać jak najszybciej. Ale nie, moment, dlaczego? Zrób coś. Nie stój tak, dopnij płaszcz, wieje.
Przecież nie jest zimno. Nie czuję zimna i to nie dzięki gorącej late. Pulsują skronie, krew powoli zmienia się w rtęć, która zaczyna dochodzić do niebezpiecznej temperatury. Pustka. Przecież jesteś „zbyt atrakcyjna”, by wiedzieć prawdę. Męska argumentacja. Zbyt, zbyt na szczerość. Był. I minął.
Wały nad Starą Odrą i chwila dla siebie. Paczka fajek, nigdy nie paliłam. Mówią, że na stres i złość pomaga. Stróżka dymu powoli toczy się przez nozdrza. Ohyda.
Przypomina się Lec z Myśli Nieuczesanych… Panta Rhei. Jeszcze chwila dla siebie, kobieta z psem, mężczyzna w getrach. Kończę fajkę, ostatni wdech trującego smrodu. Skrzynka odbiorcza, zaznacz wszystko, usuń. Wyrywane jak z pamiętnika kartki. Jakie to infantylne. Uśmiecham się cierpko do siebie, marny grymas rzucony gdzieś w dal.
Ciepło pokoju, żółtych ścian i koc w oczojebną zebrę. Mocna kawa z mlekiem - wystarczy. Kolejna. Sprawdzenie poczty, klienci z pytaniami, kilka C/e/V/ałek/. Dzisiaj chyba nikt nie przejdzie selekcji. Nie, schowaj jad do kieszeni, bądź profesjonalistką. Złość na siebie, jego, ją, czy cały świat?
Spojrzenie na wizerunek Marilyn Monroe na ścianie, słowa odbijają się jak echo w głowie „jeśli nie możesz mnie znieść, gdy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza”. Jakoś tak to szło. Słodki uśmiech i spojrzenie na 100 ml…różowy płyn rozpylony na skórze dodaje pewności siebie. Kocham ten zapach, być jak Miracle.
Pokój, korytarz… Współlokator podaje szklankę. Whisky, lód i Sprite. Aż tak widać złość? Mówią, że czyta się ze mnie jak z otwartej księgi. Nieważne. Jeden łyk zmrożonej goryczy.
Kolejny dzień, urlop w pracy. Tylko minuta na złożenie wniosków w biurze, mijamy się w przejściu, nie patrzy w oczy. Tchórz. Grzecznie się żegnam, coś chciałam dorzucić, ale po co. Przecież są lepsze sposoby od ciętej riposty, by zabolało.
Pakuję torbę, wrzucam na tylne siedzenie. Tylko ja, Katasza i szeroka droga. Pustka, nic nie ma. Po takich ludziach to powinno zostawać, właśnie to. Nie złość, nie smutek, ale pustka. Aby móc zapełnić ją czymś pożytecznym, bo dla śmieci w życiu miejsca nie ma. Każda z nas chciała budować swoją bajkę, a nie wysypisko. Dało to jeszcze więcej siły i zaciętości. Szczęścia życzę. Jemu i tej naiwnej, która pozwala mu na robienie z siebie „pierwszej drugiej, przyszłej eks dziewczyny”.
Tekst pisany był dobry miesiąc temu. Utwierdza mnie to tylko w przekonaniu, że kobieta musi być twardą zołzą, umieć spojrzeć później komuś takiemu w oczu z pełną satysfakcją, wyższością, wyrzucić żal za siebie... i wrócić do normalności. Wcale nie takie trudne :)