No to teraz druga strona zabiera głos:) Po pierwsze, nie ma czegoś takiego jak przedszkolanka, jest nauczycielka przedszkola:) Może dlatego ta pani powiedziała, że jest "byłą nauczycielką". Poza tym moje studia uprawniają mnie do pracy w zawodzie nauczyciela przedszkola bądź też nauczyciela (tak zwanej) wczesnej edukacji, tj. klas 1-3. To tyle tytułem wstępu.
Włos mi się jerzy na głowie od tego co tu piszecie. Mam wrażenie, że Wasza wiedza w tej kwestii jest naprawdę niewielka, a jeśli nie wie się czegoś na pewno, to może nie warto powtarzać?
Przede wszystkim, owszem, szkolnictwo w naszym kraju jest na niskim poziomie, co prawda w rankingach jesteśmy z roku na rok coraz lepsi, ale nadal daleko za podium. Co kilka lat w szkołach na różnych poziomach wiekowych, na wybranych grupach reprezentatywnych przeprowadzane są identyczne testy z zakresu wiedzy matematycznej, przyrodniczej itd. Nasze dzieci są daleko w tyle za dziećmi z Wielkiej Brytanii, Francji, oczywiście Japonii i wielu innych krajów. Jest to wina zarówno programów nauczania jak i wychowania- tam dzieci już od maleńkości mają grafiki wypełnione zajęciami na trzy miesiące w przód. Basen, konie, tenis, balet, plastyka i gra na instrumencie oraz 2 języki to norma dla ichnich 3-4 latków. Co do słuszności takiego wychowania- same sobie odpowiedzcie. No ale ja tu nie o tym:)
Jedynie 3 razy byłam świadkiem, kiedy nauczycielka zadzwoniła po rodziców aby zabrali dziecko z przedszkola. Raz- chłopiec miał wysoką gorączkę. Mierzona 3 razy w odstępach 15-30 minut nie spadała poniżej 37,5 a wręcz rosła. Chłopiec był apatyczny, nie chciał jeść, mówił, że boli go brzuszek. Telefon do rodziców, lekarz- grypa.
Druga sytuacja- dziewczynka też narzekała na bolący brzuszek. Podałyśmy jej ciepłą herbatkę, położyłyśmy w kąciku na materacu, żeby odpoczęła, nawet udało jej się na chwilkę zasnąć. Niestety dwa razy zrobiła rzadką kupkę, powiedziała, że jest jej niedobrze i mocno pobladła. Telefon do taty, tata potwierdza, że wczoraj było to samo. Lekarz- jelitówka.
No i trzecia sytuacja. Dziewczynka kiepsko znosiła pobyt w przedszkolu była typową "córcią mamusi". Dopóki mama była za drzwiami, wszystko było w porządku, ale kiedy znikała, zaczynał się horror. Dziecko potrafiło płakać non stop i nie było to pochlipywanie tylko ewidentny płacz ze łzami i smarkami w tle;) Może Wam się wydać, że to okrutne, kiedy nauczycielka zadzwoni po rodzica w takiej sytuacji, ale co ma zrobić? Takie dziecko ma najprawopodobniej problem z adaptacją w przedszkolu i należy się nim zająć- przytulić, pogłaskać, poczytać bajkę- odwrócić jakoś uwagę od tego, że nie ma mamy. Ale jeśli dziecko płacze cały czas, to przecież nie można skupić na nim całej uwagi, bo są tam też inne dzieci, które się kłócą, zabierają sobie lalki albo wyjadają ziemię z kwiatków. Mamy powinny wiedzieć, że czasem za jednym i dwoma ciężko nadążyć, a co dopiero za 8, 10 czy 30?
Do czego zmierzam- Pani dziecko nie mogło tak po prostu płakać i nie uwierzę w to, że nauczycielka po 40 minutach zwyczajnego płaczu małej "chciała się jej pozbyć". Dzieci w przedszkolu ciągle płaczą, bo Ala nie chce dać Oli zielonej kredki, uwierzcie, jesteśmy do tego przyzwczajone!:) Poza tym, najbardziej trywialny z powodów- Twoje pieniądze. Jeśli nauczycielka ma ośmioro dzieci, to nie ma z tego kokosów, każde dodatkowe dziecko to dla niej pieniądze (mówię o sytuacji, kiedy ona sama jest sobie kierownikiem). Nie oddałaby tego tak łatwo:) Myślę, że zadziało się coś innego o czym nauczycielka Pani nie poinformowała. Nie wiem czy dziewczynka mówi, ale jeśli tak to proszę ją podpytać o inne dzieci. Jeśli nie, to proponuję rozmowę z nauczycielką "o co tak naprawdę chodzi?"
I jeszcze na zakończenie dodam, że przedstawione przeze mnie trzy sytuacje nie wyglądają tak prosto jak tutaj opisane. To nie jest tak, że nauczycielka może odesłać dziecko do domu "bo tak". Może to zrobić tylko w sytuacji ostatecznej, proszona jest najczęściej pani dyrektor, odbywa się konsultacja i dziecko odsyłane jest tylko wtedy, kiedy jest to konieczne. Przypominam, że każde dziecko to dla przedszkola pieniądze (oczywiście jest to bardzo przyziemny aspekt, ale nie ukrywajmy, przedszkola nie są darmowe, nawet publiczne) i dyrektorka nie ma żadnego interesu w dzwonieniu po rodziców, w kwestii finansowej- ona traci. Nigdy nie spotkałam się z sytuacją, że dziecko zostało odesłane, bo przeszkadzało nauczycielce, a rozmawiałam zupełnie prywatnie z wieloma. Oczywiście nie da się kochać wszystkich dzieci, zdarza się nawet tak, że któregoś dziecka się zwyczajnie nie lubi- bo jest niegrzeczne, dokucza, przezywa, bije i nie szanuje nikogo. Niestety, taka jest przykra prawda, ale dorosłych tez nie wszystkich się lubi prawda? Ale my jesteśmy do tego przygotowywane, uczą nas jak radzić sobie w takich sytuacjach i jak się zachowywać, zasada która wpajana jest zawsze i wszędzie i jest nadrzędna, to traktować wszystkie dzieci tak samo, bez wyjątku. I każda nauczycielka będzie się tego trzymać.
Przepraszam, że tak się rozpisałam, ale takie narzekanie nie znając tak naprawdę podstaw takiego "zuchwałego" zachowania sprawia mi przykrość, bo mówicie o moim zawodzie, wypowiadacie się o nim mocno nieprzychylnie, a zupełnie nie wiecie jak to wygląda "od kuchni".
Acha, zapomniałabym:) Chciałam jeszcze dodać, że, i jest to całkowicie zrozumiałe, dla każdej mamy jej dziecko jest najważniejsze. Trzeba jednak uświadomić sobie, że w przedszkolu wszystkie dzieci są równie ważne, każdemu potrzeba poświęcić taką samą ilość czasu i uwagi.
I jeszcze- osoby bez wykształcenia pedagogicznego (lub po wielogodzinnych kursach) nie mogą pracować w przedszkolu w funkcji nauczyciela przedszkola. W żłobku musi być osoba z wykształceniem pielęgniarskim lub położniczym. Natomiast osoby takie jak córka kierowniczki mogą być jako pomoc nauczyciela (tak jak w większości przedszkoli- do każdej klasy przypisana jest jedna pani woźna, która pomaga nauczycielce. Zazwyczaj jest to pani, która przynosi dzieciom posiłki). Często do przedszkoli trafiają ludzie z UP na staż. Nie ma reguły.
Zmieniany 1 raz(y). Ostatnia zmiana 2012-01-20 23:36 przez Zuosnica.