jestem świeżo po rozstaniu.
kocham go... ale nie wiem czy mi jeszcze zależy tak mocno jak wcześniej... :(
mam mętlik w głowie.. on o mnie wcale nie walczy tylko unosi się honorem i dumą.
Facet w marcu skończy 31 lat a zachowuje się jak gówniarz. Zresztą znacie chyba moją sytuacje...
Zaczęło się od tego, że ostatnio już drugi raz wystawił mnie do wiatru.
Umówił się na daną godzine a potem dzwonil i mowil ze "wlasnie jest zmeczony" Albo tekst typu " dzis tylko na godzinke" i tylko marudził jaki to on nie jest zmęczony i chce juz zasnąć....słaniał się mi na nogach!
a godzine potem mówi że kumpel przyszedł do niego spać...i że zyczy mi milego wieczoru... :/
(wspomiał mi o nim pare dni wcześniej) ale poczułam się jak jakaś zabawka mimo wszystko...
jeszcze się podobno napili piwka na dobre spanie... ale ok! nie robiłam z tego zadnej sprawy...
Teraz patrząc na to z boku (musiałam ciągle rozumieć jego wymówki...) tak jakby przyciskał mnie do muru... a jak się sprzeciwiłam to byłam najgorsza bo nie rozumiem go i nie chciał ze mną więcej gadać.
Starałam się być "dobrą" kobietą, i nie kłócić o to że ma tyle spraw na głowie.
Tylko wiecie o co mi chodzi? o to że nie był słowny!! że mówił coś a robił inaczej...oczywiście nie było tak cały czas...
Ale najbardziej dotykało mnie to, że umawiał się ze mną, obiecywał spędzenie czasu... a na drugi dzień dzwonił i mówił "hej nie bede mieć czasu bo dopiero wróciłem z pracy ZROZUM. :/" wkurzałam się, ale myślałam, że muszę mu ustępować :( żeby się nie wkurzał na mnie.
Hmm wiem, ze wina zawsze leży po obu stronach. Tak na prawdę nie był zły dla mnie. Ale mnie zdenerwowało to jego zachowanie przez te kilka ostatnich dni...
Owszem - zawsze był kontakt, dzwonił, pisał. Starał się... ale ostatnio nie pasowało mi jego zachowanie... dałam mu 2 dni odwetu... zorganizowałam sobie czas dla siebie bez niego. Skoro jest zmęczony pracą nie prosiłam już więcej o spotkanie. Uznałam że sam poprosi. Oczywiście moja wina...według niego, bo za 2 dni kiedy nabrał "siły" i "ochoty" to wkurzał się że nie mam dla niego czasu..jednak uważałam, że zrozumie i zawalczy o mnie.
4 dni milczenia... - i nagle telefon że zrywa bo go olewam. :///
Kompletnie zwątpiłam w to dziewczyny :/.... również go pożegnałam bo nie wyobrażałam sobie jak mógł tak postąpić. Na tym przystanęło. I zgania wine na mnie za to że mnie nie zależy... i że jestem gówniarą. Echh...
Mam taką pustkę w głowie... mam żal , wielki żal o zmarnowanie związku z takiego błahego powodu... a z drugiej strony nie chce mi się nawet o niego już walczyć...
Moje pytanie brzmi: "co zrobić ,kiedy nie wie się już... czego się chce?"